Rospuda czas powrotu
Tak jak pisałem przy okazji jeziora Rospuda, tak się stało. Lipcowa płoć. Z jeziora Hańcza nie udało mi się wydobyć kilku chociaż płotek, więc wracam na Rospudę. Tutaj mam kilka sprawdzonych miejsc i nawet bez wcześniejszego nęcenia, powinienem sobie poradzić. Raniutko standardowe przygotowania, kawa, herbata, mała kanapka, jajeczko śniadanie i ruszam. Wędki spławikowe przygotowane, chociaż zestawy i wiązania mają już dobrych kilka lat. Eeeee, żyłka wytrzyma, aby tylko było na czym- pomyślałem i oczywiście nie przewiązałem choćby haczyka. Trochę starej zanęty, puszka kukurydzy, nawet podbierak do białej ryby na długim trzonku zabrałem. Trafiały mi się przecież płocie prawie pół kilowe, a marzę o większych! Trasę wybrałem nowa drogą przez Kowale Oleckie. Sporo dłuższa, jednak równa, gładka, łódź nie podskakuje wyżej du…, jak najkrótszą drogą przez Babki Oleckie. Kilometrów więcej, ale czasowo to chyba to samo. Zjeżdżam łódką do wody. Jest dużo czystsza niż ostatnio. Nie widzę glonowych wysp. Wiejące ostatnio bardzo silne wiatry zrobiły czystkę. Przynajmniej przy tym brzegu.
Gdzie jest pudełko?
Nie mam zbyt wielkiej łodzi, 360cm, stabilna o dosyć wysokiej burcie, jednak z wyprawy na wyprawę, staje się mój okręt coraz mniejszy. Tak zabieram całkiem sporo, chyba nie do końca potrzebnych gratów. A gdy jeszcze ma to być połów spławikowy, ilość sprzętu się zdecydowanie zwiększa. Przecież oprócz wędek spławikowych, na pokładzie ląduje również przynajmniej pięć spinningów. Druga kotwica z konieczną linką, wiaderko z zanętą, jak zwykle przepastna torba z pudełkami przeróżnych przynęt, tych do spiningu. Kołowrotki, bo zawsze montuję wędki nad wodą. Trochę ubrań, bo nigdy nic nie wiadomo. Chlebak z termosami i kanapkami. Wszystko jest. Pudełko do spławikówek….pudełko, pudełko z zestawami, haczykami, spławikami i całą niezbędna drobnicą, której nie mam w spinningowej torbie. No właśnie, GDZIE JEST PUDEŁKO!!!! Już wiem, w garażu na szafce.
Nieoczekiwana zmiana planów
Bez tego pudełka nic nie zrobię. Wędka bez spławika na nic. Ach ty gapo, powiedziałem do siebie , w trochę jednak mocniejszych słowach. To co związane ze spławikiem, zostawiam w samochodzie. Luźniej na łódce. No to mam pozytyw hihihihi…Cóż rad niewola, płynę na okonie. Ważne, że pogoda dopisuje. Leciutki tylko wiaterek, a to na Rospudzie bardzo ważne. Ciepło, bez deszczu. Jest okazja sprawdzić to, co się ostatnio sprawdzało. Znane miejsca i znane metody. Zmieniam przynęty i co chwilę łowię dobrego okonie. Na nieszczęście dla nich, dzisiaj zabieram ryby. Okonie lubią mnie dzisiaj. Bywa, jak nie płoć to okoń. Łowię lekko, nawet bardzo lekko, a najlepsza okazała się przynęta, o której powiedziałbym wiele, tylko nie to, że będzie łowna! A była. Czy to kolor, sposób prowadzenia, czy po prostu wędkarski nos, do końca nie wiem. Właśnie za to kocham swoja pasję. Zawsze zdarza się coś nieprzewidzianego. Tak było właśnie dzisiaj. Najpierw złość, że zapomniałem ważnych rzeczy i nie mogłem łowić tak jak zaplanowałem. Ale potem fortuna się uśmiechnęła w postaci pięknych okoni..
Chrupiąca skórka
Skrobałem je ponad półtorej godziny. Nie umiem skórować takich ryb. Muszę poprosić Krzysia, aby mi pokazał jak to się robi, chociaż uważam, że skórka w smażonym okoniu jest rewelacyjna. Mam taki przyrząd do skrobania okoni, taką tarkę, sprawdza się doskonale, jednak roboty miałem sporo. Warto jednak było Dorotka usmażyła rybki. Pychotka. Trochę mi ich szkoda, ale cóż człowiek jest niestety najwyżej w łańcuchu pokarmowym. Niedosyt, że nie połowiłem płoci? A skąd, okonie wszystko mi wynagrodziły. A na płoć też przyjdzie czas i to niedługo.


