Rospuda ciąg dalszy
Pudełko ze spławikami nocuje w samochodzie już od kilku dni. Tym razem nie zapomnę. Wszystko pozostałe zgodnie ze sprawdzonym scenariuszem. Wstając, norma o trzeciej, ze zgrozą stwierdzam, że dzień już jest dużo krótszy. Zarówno na wschodzie jak i na zachodzie. Szkoda. Ten czas, gdy dzień staje się coraz krótszy, to dla mnie symboliczne uciekanie, a nawet zakończenie, ciągle trwającego jeszcze przecież lata. Wyjeżdżam jak zwykle, jednak jest nadal ciemno. Świt zastanie mnie już nad jeziorem. Bardzo lubię taka sytuację. Mam przed sobą cały długi dzień i zrobię z nim, co zechcę. Mogę łowić do późna, a mogę również zameldować się w domu jeszcze przed południem. Od ostatniej wyprawy minął tydzień. Woda w jeziorze ma już 21 stopni. Przyjemnie chłodzi nogi. Cały sprzęt już jest na łodzi. Oj ciasno się zrobiło. Ale wszystko mam. Przynajmniej tak mi się wydaje.
No to płynę
Startuję . Jedna łódka już na wodzie. Blisko miejsca wodowania, kolega łowi płocie. Kolej na mnie. Płynę na łowisko ponad kwadrans. Bezwietrznie. W trakcie podróży montuję spławikówkę. Składam wysłużoną odległościówkę mitchelle 390 i oczywiście dopinam spławik. Po dopłynięciu na łowisko kręcę się trochę, nie mogąc się zdecydować na jakiej głębokości zacumować łódź. Echo pokazuje ryby tak na 5-6 m. Jednocześnie widzę jak się ryby spławiają. Tak będzie dobrze. Znakomita kukurydza , duże ziarno na dużym haczyku. Ustawiam grunt tuż przy dnie. Zarzucam kilka razy delikatnie przesuwając grunt. W końcu mam branie. Zdecydowane.
No to łowię.
Zacinam na trzy. Czuję duży opór, ale tylko przez chwilę. Zwijam wędkę. No tak, uwiązany wiele lat temu haczyk został z rybą. Kara, pierwsza, za nie przewiązanie haczyka. Przypon został długi, więc tylko dowiązuję haczyk. Są brania i są ryby. Piękne płocie, takie na ponad 30 cm. Łódka tylko delikatnie się przesuwa. Jestem na jednej kotwicy, ale wiatr słaby, więc tak zostawiam. Co kilka minut kolejna rybka. Zacinam po bardzo energicznym braniu i… druga kara. Zestaw pękł, a na wodzie został tylko przelotowy spławik. Wyławiam go podbierakiem.
No to naprawiam
Spokojnie, postanowiłem zrobić nowy zestaw. Mam przecież wszystko, krętlik do spławika, śruciny, węzełek się zrobi, tylko aby był skuteczny i ustawił spławik na odpowiedniej głębokości, potrzebne są malutkie koraliki. A tych w pudełku brak. Nic to, mam przecież drugą wędkę. Szybko składam mitchella, a rozkładam Mikado 420. Wystarczy tylko wyważyć spławik. Druga wędka spisuje się bez zarzutu. Zestaw jest kilka lat młodszy i był dużo mniej eksploatowany. Ryby ciągle są. Trochę się przestawiam, trochę pracuje gruntem. Jest pięknie. Zastanawiam się czy limit 5 kg nie został przekroczony. Łowię jeszcze pięć ryb i pomalutku zwijam się. Jestem kontent. Bardzo! Wracam. Jest dopiero jedenasta. Skrobanie płotek idzie dużo szybciej niż okoni, jednak godzinka prysła!
No to wracam . Powtórka?
Wracam do domu. Płoć w occie produkcji mojej Dorotki, to niebo w gębie. Ale wiem, że jeszcze powtórzę płociowe łowy. Ten znikający spławik, wolne liczenie do trzech, zacięcie i duży opór okazałej płoci. Wiem również, że nawinę nową żyłkę i zrobię nowy zestaw na porwanej wędce. Mija kilka dni. Sprzęt naprawiony, nowa puszka kukurydzy, tej znakomitej, a jest taka rzeczywiście , no i tym razem zaparzyłem dwa termosy, takie chińskie dwulitrowe kukurydzy do nęcenia. Wszystko jest bliźniacze do ostatniego łowienia. Prawie wszystko. Ryb na tej samej głębokości nie znajduję. Dopiero na 9-10 m zaczynam łowić płotki. Jednak jakby trochę mniejsze. No i ilość ryb już nie taka. Ale jest ponownie cudnie.
Moje Waterloo, na czarno.
Do czasu. Zza wyspy niczym złe moce pojawiały się kormorany. Dotąd ich nie widziałem. Już myślałem, że jezioro Rospuda odpuściły sobie. Nic bardziej błędnego. Jak to one, lecą dosyć nisko, niezbyt szybko i w takich małych grupkach. Zacząłem je liczyć. A kormorany lecą i lecą. Bez końca. Doliczyłem do stu lecą dalej, dwustu, lecą, trzystu, lecą czterystu ciągle lecą . 550 szt, tyle naliczyłem w tej kolonii. Nie poleciały daleko. W okolicach górek urządziły sobie prawdziwą rzeź. Obraz uzupełniły również krzyczące rybitwy. Hałas, pluskot, jazgot i wiem, że jeszcze dzisiaj wybiorą z jeziora jakieś trzysta kilo ryb. Jutro ponownie i tak codziennie aż do listopada. Ilu musiałoby być wędkarzy, rybaków, a nawet kłusowników, by z kormoranami konkurować. O zgroza! Uciekam. Dzisiaj tak około trzech kilogramów płoci złowiłem. Tyle co zeżre sześć kormoranów. Przegrałem z nimi.
Wnioski
Byłem bez szans. Może kormorany polowały również w okolicach mojego łowiska i dlatego z rybami było coraz słabiej. Dały się złapać drapieżnikom, a co najbardziej prawdopodobne, rozpierzchły się. Przyjechałem jeszcze dwa razy. Za każdym razem było dużo gorzej. A kormorany, o czym opowiadał mi spotkany nad brzegiem miejscowy wędkarz, codziennie polowały w tej części jeziora. Nie mogę na to patrzeć. Zmienię jezioro, mimo ciągle znajdującej się w bakiście puszki rewelacyjnej kukurydzy, która czeka, aż wybiorę się na płoć. I jeszcze to zrobię. Teraz jednak pora na Mieruniszki i moją najukochańszą rybę, okonia.


