Pod górkę. Dosłownie.

Nareszcie na lód

Imieniny miałem już dwa tygodnie temu. I tyle minęło od mojej ostatniej wyprawy na ryby. Nie udało mi się wyskoczyć. Aż do środy.

Wyspałem się, może do czwartej. Kawa, śniadanie, jakieś powtórki w telewizji. Doczekałem do ósmej i gromada ubrań z krzesła ląduje na mnie. Niby ciepło, ale na lodzie bywa wiatr, może przecież coś padać — przecież to jeszcze zima.

Świder kontra lód

Zasuwam na moją plażę. Wolniutkim krokiem zmierzam w wybranym kierunku. Wiatr rzeczywiście jest, jednak nie taki zimny. Bluzy kombinezonu nie zapinam — tak się wygodniej łowi.

Świder wziąłem ten sam. Piętnastka. Oj, narobiło się. Otwór wierciłem jeszcze wolniej niż poprzednio. Co się stało z moim niezawodnym wiertłem — nie wiem. Albo ze mną, lub co najpewniejsze — z lodem. Gruby na ponad czterdzieści centymetrów i twardy jak skała.

W pobliżu zobaczyłem kilka starych otworów, które z łatwością odkryłem. Ale łowię w swojej dziurze. Łowię — to chyba przesada. Wciskałem małą mormyszkę, dyndam, dyndam i nic. Próby w odzyskanych otworach dają mi jedną płoteczkę.

Zmiana planów

Minęła godzina. Zwinę się, pojadę do domu, wezmę świder zwany zawodowym — od tego, że zawsze stosowałem go w zawodach. Ma po prostu mniejszą średnicę, jedenaście centymetrów.

Jeszcze nad jeziorem mówiłem dzikim gęsiom, żeby gnały na południe albo chociaż na zachód. Kluczyły w kluczach, głośno gęgając nad głową. Biedne gąski.

I tylko apel do wędkarzy. Czasem wstydzę się za niektórych z nas. Panowie — bo raczej pań to nie dotyczy — zabierajcie ze sobą swoje śmieci! Pudełka, torebki, butelki. Skoro było miejsce w plecaku na pełne, na puste też musi się znaleźć.

Zawodowe wiertełko w akcji

Tym razem uzbrojony w zawodowe wiertełko zasuwam na szyjkę. Na wschód — tam muszą być ryby.

Nie jeden, nie dwa, nawet nie trzy — ale cztery otwory! Świder zawodowy doskonale sobie radzi. W końcu mogę zająć się tym, co mnie tu sprowadziło.

Łowię ryby. Może rybki, ale łowię. Jedna, druga i kolejna. Fajnie jest. Czasem trafi płotka prawie 25-centymetrowa. Czasem śliczny okonek, drapieżny jak diabli. Płoteczki do wiaderka — niestety dla nich. Dorotka usmaży. Fajne łowienie, śliczna pogoda. Trochę emocji.

Ta górka

Wracam. Eee — pomyślałem i spojrzałem w górę. Na szczyt prowadzi wyjeżdżony przez terenowe samochody ślad. Diabeł jakiś mnie podkusił. Skoro wjeżdżają samochody — i ja dam radę.

Patrząc z dołu szczyt zawsze wydaje się łagodniejszy.

Świder na ramię, skrzynka na świder, w drugiej ręce wiaderko. Więcej rąk nie mam. Szkoda. Ruszam w górę. Krok, dwa, kolejne coraz krótsze. Zrobiłem z dziesięć metrów. O k… obejrzałem się i dopiero zdębiałem. Zrobiło się niebezpiecznie stromo. Do góry jeszcze ze trzydzieści metrów. W dół — to tylko na głowę.

Na górze

Sam nie wiem skąd wziąłem siłę, aby wczłapać się na górę. Już nie oglądałem się, bo chyba byłby „Cień wielkiej góry”. Usiadłem na skrzynce. Odpoczywałem chyba kwadrans.

Przed oczami miałem swój obraz sprzed miesiąca, gdy podpierałem się kulą. Sprzed dwóch miesięcy, gdy chodziłem wyłącznie przy chodziku. O miesiącach poprzednich nie wspomnę, gdy po prostu leżałem.

To stąd takie osłabienie.

Miałem pod górkę. Dosyć długo. Wystarczająco długo.

Przewijanie do góry