Netta 2026 trening
Pojechałem i jestem
Rzeka nie zaskoczyła mnie. Cicha woda, praktycznie bez wyczuwalnego nurtu, szara szarością brzegów, suchych trzcin i suchych gałązek. Jeszcze nic zielonego nie, żadnych listków, czy traw.
Miejsce wybrałem możliwie najbliżej zaparkowanego auta, przecież ciągle leczę kręgosłup i mój zasięg chodzenia, a w dodatku z obciążeniem jest ograniczony. Rozejrzałem się dookoła . Wszystko śpi. Już wiem, że przycumowane do nadbrzeża łódki będą nam przeszkadzały w organizacji zawodów, ale dzisiaj , gdy jestem sam nie ma to znaczenia. Ustawiam aluminiową, wysłużoną platformę, na niej równie wysłużony drewniano-aluminiowy kosz. Jednak pamiętam, co gdzie przykręcić , zamocować i ustawić. W końcu robiłem to tyle razy. Ale nie wszystko pamiętam. Trochę improwizuję. Po około pół godziny jestem gotowy do łowienia.
Zaczynam
Najpierw czynność, która nigdy nie sprawiała mi przyjemności, którą wielokrotnie przez to pewnie niezbyt dokładnie wykonałem, ale która jest niezbędna i praktycznie decyduje o sukcesie w łowieniu. Mierzenie głębokości. Batem jest to trudniejsze, tyczką byłoby łatwiej, ale tyczki nie zamierzam rozkładać. Gruntomierz fruwa na końcu sześcio, siedmio i ośmio metrowej wędki. Raz spławik w dół, raz w górę. Znajduję w końcu kontakt z dnem. Ustawiam głębokości na wszystkich wędkach. Woda jakaś martwa. Zaczynam wątpić w sukces. Zaczepiam tłuściutkiego białego robaczka na siódemce. Zarzucam , aby znaleźć punkt do nęcenia. Chyba zaczepiłem dno, bo ustawiłem spławik nad nim. Jakież moje zdziwienie, gdy na kiju zagrała zgrabna płotka. Jednak są ryby, pomyślałem z zadowoleniem. Jeszcze siatka do wody i zaczynam.
No fajnie mi się łowi
Nie jest to może jakieś szalone łowienie, szalonych płoci, jednak co jakiś czas notuję branie, po którym kolejna płotka trafia do siatki. Próbuję najdłuższą wędką w dzisiejszym zastawie. No branie jest, dalej, ciut głębiej i ciut większe ryba. Ale cóż z tego. Nie widzę spławika. Tak zwyczajnie mam słaby wzrok na odległość. Byłem u okulisty, zmierzył, a właściwie zmierzyła, bo była to bardzo miła Pani Doktor, wystawiła zlecenie na okulary. Byłem u optyka, ale dopiero wczoraj, więc oczka do patrzenia w dal będę miał za kilka dni. Zagapiłem się . Często to robię. Przy braniach też się często zagapiłem, jednak to dobrze, brania należało zacinać na dwa. Łowiący wiedza o co chodzi.
Obcy a jednak znajomy
-A jakie pan ryby łowi? – spytał za plecami jakiś przechodzień. Generalnie nie lubię na rybach kibiców, a szczególnie pytalskich. Ten jednak wydał mi się sympatyczny. – A płotki łowię-odparłem z uśmiechem. Pogadaliśmy trochę Szybko przeszliśmy na „ty” bo wiek chyba podobny. O rybach wiedział niewiele, ale gdy zeszło na temat zbierania grzybów, oooo było ciekawie i bardzo sympatycznie. Rybki ciągle łowiłem, lecz oglądałem się coraz częściej i wdawałem się w dyskusję. Kolega był kuracjuszem sanatorium, podchodził do mnie jeszcze dwa razy i okazało się, że obserwował mnie z okna pokoju. Fajny facet. Spytał co zrobię z rybami? Odparłem, że zadecyduje Dorota. Będzie miała ochotę na płotkę z patelni to trochę obiorę, a resztę wypuszczę. Jak nie będzie miała ochoty, wypuszczę wszystkie. Uff, nie chciała. Nie miałem chęci babrać się w rybach i szczęśliwie wszystkie wróciły do rzeki.
Wnioski tylko moje
Troszkę tych ryb było, pewnie ponad 5 kilo. To pozwoliło mi wyciągnąć pewne wnioski przed zawodami, chociaż jak już wiele razy się okazało, dzień nie podobny do dnia. Ryby lubią zaskakiwać i za to je kocham. Wracam. Za trzy dni zawody, dużo mam do zrobienia. Poprawić muszę kilka zestawów, może uwiążę jakiś haczyk? Wnioski? Pewnie wpisze do swojego przepastnego notatnika. Czy się sprawdzą powiem w niedzielę.


