Dwa i co dalej

Na silniku spalinowym

No to popływałem sobie. Lubię na spalince popływać po Olecku. I pewnie dlatego, wybrałem się ponownie na nasze jezioro. Raz, że blisko, dwa, to ciągle przypięty do łodzi silnik, a trzy, to mało czasu. Rano pojechałem do pracy. Zrobiłem, co najpilniejsze i już o 10 byłem w domu. Przygotowanie do wyjazdu zajęło mi tyle, co zrobienie kawy i herbaty do termosów. Wszystko ciągle na łodzi. Tym razem echosonda również. Po kilku minutach jestem nad jeziorem. Raz, dwa, trzy i już płynę. Kapelusz został w domu, ale mam jakąś starą czapkę z daszkiem w bakiście. To ważne, bo słoneczko zaczyna przygrzewać. Z wody zaczynają sterczeć zielone trzcinki. Temperatura to 12 stopni. Lepiej niż poprzednio, chociaż ciepłych dni jakoś nie było. Pełen nadziei płynę więc, gapiąc się w ekran mojej starej echosondy. To tyle. Oprócz informacji o złowionym przy Dworku Mazurskim okoniu, na wirówkę, mógłbym relację z połowu zakończyć. Ciągle nic. I jeszcze tylko spotkałem Jurka z Jackiem, cierpliwie trenujących przed zawodami. Także bez efektu.

Dosyć żartów

Mieruniszki. Jedno z najbardziej lubianych przeze mnie jezior. Pokazał mi je Pan Henio, sąsiad, pewnie ponad czterdzieści lat temu. Zawsze Mieruniszki, to dla mnie Pan Henio. Potrafił wyczarować tam szczupaka, z każdej trzcinki. Lubiłem z Nim łowić. Skarbnica opowieści, nie tylko wędkarskich, a i wiosłować nie musiałem, bo Pan Henio bardzo to lubił, dla zdrowia. Postanowiłem więc wybrać się na to jezioro. Przez te lata woda ta zmieniła się, a jednocześnie pozostała taka sama. Zdecydowanie zmieniło się wodowanie łodzi. Z panem Heniem wypychaliśmy z trzcin jego solidną drewnianą łódź przez kilkadziesiąt metrów. Teraz woduję również wśród trzcin, ale jest taki wąski przesmyk między nimi. Niski poziom wody utrudnia wysłanie w tym miejscu łódkę na jezioro, ale można to jednoosobowo załatwić, czasem korzystając z rączki podbieraka. Kilka lat temu powstała śliczna plaża, wiejska. Z piaszczystym brzegiem, parkingiem, miejscem na ognisko, zadaszeniem i a jakże, betonowym slipem. Dla nas wędkarzy z łodziami na przyczepkach, poszukujących takich miejsc, marzenie. Trochę to jednak takie strzelanie w stopę, bo dostępność i łatwość wodowania zdecydowanie przyciąga nowych wędkarzy na jezioro. Cóż, trzeba się wodą podzielić. Jeżeli jednak będziemy racjonalnie i uczciwie postępować ze złowioną rybą, powinno jej starczyć. Jeszcze tylko żeby z tymi kormoranami nie trzeba było się dzielić, byłoby doskonale.

Na wodzie najlepiej

Z małymi kłopotami, wynikającymi z zarośniętego przesmyku oraz wściekle atakującymi komarami, wypłynąłem na jezioro. Jak ja lubię ten moment. Szkoda, że nie udało mi się przyjechać przed wschodem słońca i z łódki oglądać pierwsze promyki. Powoli montuję wędki, każdą po uzbrojeniu króciutko testuję w wodzie. Napływam na pierwszą górkę. Teraz jest bez zielska i można ją obrzucać nawet cięższymi przynętami. Robię to, jednak bez rezultatu. Płynę wzdłuż brzegu, co chwilę penetrując wystające pojedyncze trzcinki. Niestety, żaden zębaty nie miał ochoty

na moje przynęty. Układam w głowie plan powrotu, drugim brzegiem, ulubionym odcinkiem jeziora Pana Henia. Płynę teraz na taką dużą górkę, która latem dawała mi zawsze kilka ładnych okoni. Ustawiam łódź na jej szczycie. Dookoła w zasięgu rzutu nie więcej jak 3,5 4 metry. Pomyślałem, że to idealna głębokość. Zielsko, tylko ubiegłoroczne, w szczątkowej i gnijącej formie, woda 15 stopni. Lekki wiatr. Słoneczko już wysoko, jednak o zdejmowaniu garderoby jeszcze nie myślałem. Wykonuję rzuty dookoła siebie. Cisza. Zmieniam kolejne gumy,

Zbóju do boju

W końcu zakładam wysłużoną wirówkę, zbój się nazywa. Nie wiem czy jeszcze je ktoś produkuje. Mam na szczęście mały zapas tych blaszek. I mam wielki do nich sentyment. Począwszy od łowionych wiele lat temu w Szwecji , na małej rzeczce jazi, aż po mój rekord szczupaka, 98 cm. Wystarczyły trzy rzuty. Błystka na dno, podciągnięcie i jest, wiem, że to szczupak. No okazał się ponad wymiarowy, 55cm i na swoje nieszczęście konsumpcyjny, bo dzisiaj, zabieram rybki. Rzadko to robię, ale mam zamówienie, poważne. Uśmiercam rybę, przepraszając ją za to. Cóż, człowiek jest na końcu łańcucha pokarmowego. Kolejne rzuty, to tylko zbutwiałe trawy. Zakładam ponownie główkę, 8 gram. Ukochana wirówka otworzyła wodę, więc teraz będzie z górki, I tak było. Srebrny ripper za chwilę został zaatakowany. Nie zaciąłem jednak skutecznie. Kolejny rzut, znowu branie i ponownie pomyłka. Oj, trochę się denerwuję. Nie zmieniam jednak przynęty. Skoro ja atakują, to w końcu zatnę! Miałem rację. Pobicie, zacięcie i na kiju czuję chyba większa rybkę. No i jest większa. 59 cm. Też go uśmiercam. Telefon. Jest temat. Muszę wracać do Olecka. Ale rzucę jeszcze kilka razy. Trudno opuścić takie miejsce w takim czasie, a widać wyraźnie, że zębate żerują.

Dwa i do domu

Na dowód kolejne branie. Oj, pomyślałem, że zbyt pochopnie uśmiercałem tamte ryby. Ten jest większy, dużo większy i mógłbym go z którymś złowionym wcześniej zamienić. Dzielenie skóry na niedźwiedziu, nigdy nie popłaca. A zanim nie masz ryby w łodzi, nie myśl , że złowiłeś. Szczupak wiedział o tym i wypluł przynętę. Pomyślałem, że to znak do odboju. Tak zrobiłem. W drodze powrotnej popijam kawę, zwijam jak zwykle wędki. Zerkam do wiaderka. Zgodnie z regulaminem. Dwa i do domu. Szczupaki są chude. Żal mi ich. Ledwo odbyły gody, nie zdążyły nabrać wagi, a ja je już uśmierciłem. Ponownie wyrzuty sumienia mnie dopadły. Na obronę, wraca myśl o łańcuchu pokarmowym. Uspokajam się. Widzę na jeziorze jeszcze pięć łódek. Jak na środek tygodnia, sporo. Mam nadzieję, że nie wszyscy zabierali ryby. Presja na jezioro widać jest duża. Ale woda się obroni. Przed wędkarzami z pewnością. Gorzej z kłusownikami ( niestety często to są również wędkarze ! ?), no i kormoranem. Dwa i do domu.

Przewijanie do góry