Rozważania

Komfort

Z wiekiem wzrasta zapotrzebowanie na komfort. Nie ma co kryć, już bliżej, niż dalej. A skoro czasu jakby mniej, wydawałoby się, że każdą chwilę trzeba wykorzystać. I tak staram się żyć. Ale cenię sobie komfort ogólnie rozumiany. Już nie śmigam na ryby gdziekolwiek, jakkolwiek, kiedykolwiek. Ten komfort to pogoda, wygoda łowienia i czas. Długi, możliwie długi czas. Z rozrzewnieniem , a może nawet niedowierzaniem, wspominam szkolne czasy, gdy aby wybrać się na ryby, potrzebowałem chociaż godziny. Aby pograć w piłkę trzeba było mieć piłkę i przynajmniej trzech kolegów. Aby po lekcjach pobiec na ryby, wystarczyła wędka, kilka robaków, czasem garść pszenicy lub ciasto z chleba i kartofli z dodatkiem czosnku. Ech, brzeg mojego jeziora był dostępny, woda zawsze ciepła, a zgrabne płotki czy srebrne ukleje pływały gęsto i brały ochoczo. Co się zmieniło? Sprzęt , przynęty, zanęty mam prawie doskonałe, doświadczenie ogromne, umiejętności chyba również niekiepskie, jednak na godzinkę na ryby już nie biegam. Z bieganiem ogólnie mam kłopot, a godzinę to potrzebuję aby zebrać się z domu. Pogodę określam szczegółowo. Nie bardzo lubię moknąć i marznąć bez potrzeby.

 

Perspektywa czasu i dobre drogi

Tak komfort musi być. Lubię mieć przed sobą cały, długi dzień, chociaż z tym, aby wcześniej zakończyć łowienie, tez nie mam problemu. Łowię teraz najczęściej z łodzi. Jadę tam, gdzie mogę samodzielnie zwodować łódkę, a auto bezpiecznie zostawić na, bywa, że kilkanaście godzin. Pozostało jeszcze w okolicy kilka takich jezior. Śliczne są, szczególnie te na trasie rzeki Rospudy. Drogi dojazdowe są beznadziejne, ze względu na liczne remonty, ale kiedyś te remonty się skończą, a wówczas kilkadziesiąt kilometrów, po równej nawierzchni, to będzie tylko przygrywka do uroczo spędzonego na wodzie czasu. Ten rok jest jakiś dziwny. Udało mi się kilka razy zameldować na lodzie, potem sentymentalne powroty do drgającej szczytówki i spławikowych zawodów, spinningowy start i cisza, a raczej przerwa. Albo brakowało czasu, albo pogoda beznadziejna, albo szereg innych mniejszych i większych utrudnień.

Laura i czas, który kiedyś nadejdzie.

Suma summarum, dawno nie byłem na wodzie. Ale już wkrótce to nadrobię. Laura. Moja kochana wnuczka. Ma już trzy latka. Jeśli wierzyć przekazowi, jaki znam od dziecka, ja zaczynałem przygodę z wędką w wieku pięciu lat. I to Dziadek był moim nauczycielem. Zamierzam pójść w jego ślady. Na razie uczę Laurę nazw gatunków ryb, oglądamy wędkarskie gazety, ale co z tego będzie, zobaczymy. Moje córeczki również znały wszystkie rybki. Gazety wędkarskie także. Nawet kilka razy łowiły ze mną rybki. Wędkarstwem jednak ich nie zaraziłem. Co będzie z Laurą? Charakter ma. To pewne. Zostały najwyżej dwa lata, a czas nadejdzie.

Dolina Rospudy i nie tylko

Tak jak nikt nie znajdzie moich grzybów, tak nikt nie złowi moich ryb. Niech rosną, nabierają sił i przygotują się na starcie ze mną. Psychicznie ja już się szykuję. Fizycznie też jest coraz lepiej. Jeszcze tylko opanować kaszel, jaki od kilku tygodni mnie prześladuje i wyruszę. Mam trzy jeziora w planach. Mieruniszki, Rospuda i Hańcza. I pewnie w takiej kolejności. Spinning. Okonie czekają, moje ulubione ryby. Potem zapoluję na letnie grubaśne dwu kukurydziane płocie. A może także na ukleje wielkości sielawy. A jeszcze leszcze, sandacze i może sum jako przyłów. Oho, rozmarzyłem się. Ale kto zabroni marzyć? Piłkarskie mistrzostwa świata się rozkręcają . Faworyci raz rozczarowują, raz dają radę. Ja też dam radę, jeszcze kilka dni. Poczekam, wiem, że warto. Bo moje przygody wędkarskie ciągle jeszcze przede mną. Jestem tego pewien.

Czerwiec 2026

Przewijanie do góry