Cierpliwa żona
Mam bardzo cierpliwą i wyrozumiałą żonę. Od kilku dni czekam, aż mnie wyprowiantuje z korytarzyka z moimi wędkarskimi ciuchami. Korytarzyk nie jest duży, a jeszcze te buciory, ocieplane gumowce. I tak to wszystko leży i czeka, bo przecież już jadę na drgającą szczytówkę ciąg dalszy. I tak jadę już trzeci dzień, a w korytarzyku ciężko zdjąć kurtkę. No trochę przesadzam, jednak żona ma pełne prawo mnie zbesztać, ale nie robi tego. Jest cierpliwa. Jednak w końcu jadę. Trochę to trwało, ale dzisiaj ciuchy zniknęły z korytarza. Cały sprzęt, wędki, kosz, wiadra woziłem w samochodzie. Popracowałem trochę z rana, bo przecież trzeba z czegoś żyć i za coś kupić robaki. Potem kolejny dzień rehabilitacji. Dla zdrowia też coś trzeba zrobić. Co do rehabilitacji, to nic nowego. Kąpiel do pasa z bąbelkami, potem ćwiczenia w klatce i tyle. No ale pora na ryby.
Trudno wybrać
Jadąc nad jezioro zastanawiam się, gdzie spróbować. Mijam znaną mi miejscówkę, która zimą daje niezłe płotki, a wiosną trafia się tam również leszcz. Właściwie nie wiem dlaczego ominąłem to miejsce. Warunki wietrzne były przecież przyjazne. Wybrałem jednak taki malutki cypelek, który jakieś pięć lat temu obławiał wędkarz z Ukrainy. Widziałem go bardzo często, gdy spacerowałem brzegiem jeziora z Żoną i pieskami. Zawsze z zazdrością spoglądałem na jego stanowisko. Nigdy jednak nie widziałem, aby coś złowił. Wiedziałem jednak, że skoro tak często tam siedzi, to nie może to być takie siedzenie o kiju. Ale co łowił, pozostało dla mnie tajemnicą. Miałem nadzieje zgłębić tę tajemnice właśnie dziś.
Znane nieznane
Odległość od samochodu do łowiska pokonuję bez odpoczynku. Sto, dwieście dwieście pięćdziesiąt kroków. Całkiem blisko i nie ma pod górę. Łowisko to, z brzegu jest mi zupełnie nie znane. Z łodzi jednak wielokrotnie tam łowiłem. Były okonie i, a jakże szczupaki też się trafiały. Ale z brzegu, na drgającą szczytówkę, jestem tu po raz pierwszy. Fajne miejsce. Ustawiłem podpórki, na których układam wędkę. Kołowrotek, żyłka 0.16 mm, wystarczy. Zestaw ten sam, co trzy dni temu. Zanęta również. Koszyczek napełniony i rzucam. Raczej tak bardziej kulą w płot, niż w upatrzone miejsce. Wychodzi brak wprawy, jednak z każdym kolejnym rzutem jest lepiej. Siedząc na koszu wędkarskim, oczekując na branie, jest czas na przemyślenia, na pogadanie ze sobą półgłosem, a nawet całkiem głośno, na pośpiewanie piosenek. Ej, tylko na łowienie ryb czasu brak? Nie, no wyciągam zestaw, napełniam koszyczek, zarzucam. Znowu wyciągam i po raz kolejny zarzucam. A także wpatruję się w szczytówkę. A ta jak zaklęta. Ani drgnie.
Mija czas, i nic.
„Mija czas i nic”- to cytat z piosenki świetnej, chociaż zapomnianej trochę grupy Bank, takiej rockowej kapeli lat osiemdziesiątych. Znałem, a pamiętam do teraz wiele ich przebojów. Był też taki „Jestem panem świata!”. Oj ja jednak panem świata dzisiaj nie byłem. Po trzech godzinach bez brania poddaję się. No żeby nawet jakiś wykoślawiony krąp się nie pojawił? Coś poszło nie tak. Może pogoda, zanęta, robaki na haczyku, albo raczej brak czerwonych, faza księżyca, godziny łowienia. Mógłbym tak jeszcze wymieniać powody niepowodzenia. A może po prostu źle wybrałem łowisko, o tej porze roku.
Suma summarum sum
Mimo braku ryb, wiem, że jeszcze tu wrócę. W końcu ten ukraiński wędkarz na coś polował. Może na suma? Przeszło mi przez głowę. Tak, to mógłby być sum. Już od kilku lat dochodzą mnie informacje o łowionych w moim jeziorze sumach. W tej części jeziora również. Rozmyślając, jak to latem przeprowadzę zasiadkę na suma, pakuję bambetle. Godzina jeszcze wczesna, pomyślałem więc, że zajadę w ominięte przeze mnie miejsce. Szybko pokonuję szutrowy odcinek drogi, zakręt, kilometr asfaltem, dwa zakręty w prawo i jestem nad jeziorem ponownie.
A miejsca tylko dla jednego
Na górce, na wysokości łowiska stoi znany mi samochód. A jakże, to Jurek. Schodzę do niego, bez sprzętu. Tak pogadać, zobaczyć jak mu idzie, bo przecież tam miejsca jest tylko dla jednego tylko. Jurek wita mnie cieplutko i już chce zwijać wędkę, aby udostępnić mi łowisko. Nie, na dzisiaj mam chyba dosyć. No chyba ,że ryby biorą? Nic z tego, jedna mała płotka, to cała Jurkowa zdobycz. Ma czerwone robaki, więc to nie ich brak powodem dzisiejszej porażki. Jak już wspominałem, powodów może być całe mnóstwo. Można sobie wybrać. Ale po co? Czy to porażka? Godziny spędzone na powietrzu, czas na rozmyślanie i plany, trochę ruchu, same pozytywy. A jeszcze spotkać kolegę i godzinkę z nim pogadać? Bezcenne. W końcu w tygodniu brak na to czasu. Zerkając jednak na to miejsce dla jednego, mojej główce tli się plan. Może plan na jutro?


