Drgająca 3 cd i około
Kombajn dawniej kosz
Kosz wędkarski. Cóż dzisiaj to się nazywa kombajn. Takie siedzisko, z platformą pod nogi, pełne przeróżnych udogodnień dla wędkarza łowiącego stacjonarnie. Są podpórki na wędki, mocowanie do siatki, balkonik, obrotowe nóżki, kółka do transportu, trzymaki, półki na przynęty i inne cudeńka. Chyba brakuje tylko trzymaka do telefonu komórkowego, ale i to pewnie szybko się zmieni, o ile już się nie zmieniło. Istne cuda. Ustawienie i zmontowanie wszystkiego, nawet wprawnym rękom doświadczonego spławikowca zajmuje sporo czasu. Dlatego czas na przygotowanie przed zawodami spławikowymi sięga nawet 2,5h .
Wyczynowcy na start
Spławikowy sport wędkarski jest kosztowny i bardzo wymagający. Liznąłem tego troszeczkę, więc trochę wiem o czym mówię. Trzeba poświęcić dużo zdrowia, pieniędzy i przede wszystkim czasu, aby gdzieś tam zaistnieć. Kombajn wędkarski to ułamek. Wędki spławiki, zestawy, cała drobnica, a do tego wrzucana do wody kilogramami zanęta i robaki, nawet w połączeniu z tańszą gliną czy ziemią, to ciągły nie mały wydatek. Jeszcze podróże i związane z tym koszty. Trening, zawody, trening. I tak w kółko. Od kwietnia do listopada. Ale to wciąga. Ta chęć zmierzenia się z innymi. Adrenalina przed startem, może nie jak u skoczka narciarskiego, ale porównywalna z innymi sportami na pewno.
Na wiaderku
Tak, aby osiągnąć nawet drobny sukces w wędkarstwie spławikowym, jak w każdym sporcie, trzeba poświęcić dużo czasu i grosza. Ale znane i co ważniejsze prawdziwe są jednak opowieści o miejscowym wędkarzu. Gdzieś nad brzegiem swojego znanego od dziecka kanału lub rzeki, na zawodach, siada miejscowy wędkarz na wiaderku, z puszki wyjmuje robala i na jedną posiadaną wędkę ogrywa wielu, a nawet wszystkich, obłożonych sprzętem konkurentów. Na poziomie koła, czy nawet okręgu, ciągle to jest jeszcze możliwe, choć nieprawdopodobne. Dalej jednak już się to nie zdarza. Pamiętajcie jednak o jednej, podstawowej zasadzie. To nie kombajn, nie wędki, a nawet nie zanęta łowi ryby. Ryby łowi wędkarz.
Archeo
Mój kosz wędkarski to prawdziwe dzieło sztuki. Ręcznie robiony, rzemieślniczy, z naturalnych materiałów z dodatkiem lekkiego aluminium. Niepowtarzalny, archiwalny prawie. Już dzisiaj nikt takich koszy nie produkuje, bo… kto by to kupił? Mój został stworzony tak gdzieś w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przez białostockiego rzemieślnika. Drewniany szkielet i szufladki. Aluminiowa obudowa, pokryte dermą siedzisko. Bardzo szanuję swój koszyk. Co jakiś czas odrobinkę go naprawiam młoteczkiem, gwoździkami i zszywaczem. Ciągle działa bez zarzutu. I tak ciągam go ze sobą, wszędzie na spławik, a że jestem do niego bardzo przyzwyczajony, na drgającą szczytówkę też go ciągam. Przyznam, że z niemałym trudem. Do kompletu mam jeszcze aluminiową platformę, z nóżkami i przydatnymi sztycami , którą ustawiam pod koszem. Ale to tylko na zawody. Cóż wózka, ani chociaż kółeczek nie posiadam do tego zestawu, a w jakie są obecnie wyposażone współczesne kombajny, więc sapiąc jak parowóz, wszystko w rękach noszę.
Wstęp przydługi i tafla
Taki wstęp, to do mojego łowienia na drgającą szczytówkę. Ranek przywitał mnie piękną pogodą. Aby być w zgodzie z dniem pracy, jakim był ten dzień, o czwartej pojechałem więc do pracy. Zrobiłem, co mogłem zrobić, ciągle mając z tyłu głowy swój plan. Szybko do domu. Przebrałem się w wędkarskie ciuchy, kapelusz na głowę, chlebak pod pachę, sprzęt ciągle w samochodzie, jadę nad jezioro. Zatrzymałem się możliwie najbliżej zejścia nad wodę. Trochę stromo. Co robić. Uzbrojony w swój niezniszczalny kosz, wiadro z zanętą, robakami i kukurydzą, a także chlebak z herbatą i kawą oraz pokrowiec z podpórkami, zapasową wędką i różnymi szczytówkami i oczywiście wędką na którą będę łowił, schodzę nad wodę. Z górki na pazurki. Ciekawe jak będzie w drodze powrotnej, ale kto by tam myślał o powrocie, kiedy uśmiecha się lekko zmierzwiona falką, tafla jeziora.
Ustawienie
Ustawiam cały swój dobytek, tak, aby wiatr muskał mi plecy, a ja, będę mocno, skutecznie, zacinał tak bekhendem. Zakładam kolorowe pinki, kupione jeszcze przed mistrzostwami koła i dokładam ziarno kukurydzy. Trochę brakuje mi takiego gnojaczka, ale nadal, konsekwentnie nie nabijam na haczyk tych wijących się stworzonek. Spokojnie pracują w kompoście, rozkładając bio odpady, ale pewnie jeszcze kiedyś kilka z nich pozbawię życia. W imię większej wartości w postaci powiedzmy kilu kilowego leszcza ! A może dzisiaj na kukurydzkę? Zanęta do koszyczka i hajda na jezioro. Wykonuję daleki rzut, ustawiam wędkę na podpórkach i marzę. Po kilku chwilach branie, zdecydowane, ale takie krótkie. O zacięciu nie ma mowy. Wyciągam sfatygowane na haczyku robaki. -Oho!- pomyślałem, jednak coś tu jest, dobry znak. W którymś kolejnym rzucie płotka , taka dwudziestka. – No- powiedziałem pół głosem- może być fajnie ! Ciągle oddawałem rzuty na maksymalna odległość, jednak dalej nic, jak zaklęte. Tak jakby tam była ta jedna płotka, która najpierw zmarmoliła robaki, a potem dała się złowić.
No to na tyle
Zmiany odległości łowienia nic nie dawały. Trochę w prawo, jeszcze bardziej w prawo, potem ten sam manewr w lewo i nic. A nie, jeszcze trafiła się ukleja, ale uwaga , ukleja gigant! 23 cm! Takie ukleje łowiłem kiedyś na jeziorze Hańcza, jednak dawno to było! Gdy się przyglądałem srebrnej rybce, to nawet poszukiwałem płetwy tłuszczowej, myśląc, że może to sielawka, albo niewydarzona sieja, ale nic z tego. W dodatku, drugiej uklei już nie złowiłem. I to było na tyle. Jak na prawie cztery godziny łowienia, to trochę słabo, prawda? Ja jednak byłem bardzo zadowolony. Zmęczony, ale pozytywnie. A ryby? Już dawno orzekłem, że nie są najważniejsze.
Zaproszenie
Nie ukrywam, że złowienie ryby sprawia mi wielką satysfakcję. Bo nawet napisać jest o czym. Tym razem jednak, o zdobyczy nie dane mi było opowiedzieć. Uwierzcie jednak, że warto spędzać czas na rybach, z własnymi myślami. Z samym sobą. To czas przeznaczony tylko dla nas. Nawet nie uprzykrzy tego spacer farmera, jak w zawodach strongmenów, ze sprzętem pod górkę, jaki musiałem odbyć na powrocie. Wracając do jeziora Hańcza. Już teraz zapraszam do spotkania tam 4 lipca, sobota. Organizuję takie spotkanie spinningowe. Ilość miejsc ograniczona, pierwszeństwo mają członkowie Koła Okoń. Informacje na stronie właśnie Okonia, na facebook. Tak moje pierwsze tegoroczne drgające szczytówki na jeziorze Olecko wyglądały. Drgały rzadko, ale serducho jest zadowolone.
PS. Wśród moich czytelników, jest mam nadzieję pewien specjalista od drzewek. Nieśmiało przypominam mu, że moje owocowe drzewka już mają pączki i kwiatki ! Pozdro !
Arnold


