Drgająca początek 2026

Na ryby

-Oj chyba nie pojedziesz, powiedziała Żona wyglądając późnym wieczorem przez okno. – Pada i wieje- dodała. Jakoś po całkiem niezłej pogodzie w sobotę, nie mogłem w to uwierzyć. Pół godziny przed północą, wyszedłem na taras. -No prawda- pomyślałem , a po chwili refleksji stwierdziłem, że to kapuśniaczek i co najwyżej zefirek, a poza tym do rana ustaną.  Zasnąłem jednak pełen obaw. Ten wyjazd na ryby planowałem od powrotu z zawodów na Nettcie. Coś jednak ciągle przeszkadzało. A to brzydka pogoda, a to dużo pracy, a następnie rehabilitacja, na którą rok czekałem, a która rozbija mi cały dzień. Nie bardzo również wiedziałem gdzie się wybrać. Chyba najbardziej wskazana byłaby ponownie Netta, ale chyba na razie wyłowiłem się na miejskim łowisku. Teraz więc pora na drgającą szczytówkę.

Moja szczytówka wczoraj i dziś

Uwielbiam te metodę. Właśnie tak ją teraz nazywają „metoda”, ja jednak pozostaję przy starej nazwie. Mam do niej wielki sentyment. Mogę bez skromności stwierdzić, że byłem jednym z pierwszych, jeżeli nie pierwszym, który zmajstrował drgająca szczytówkę. W starym rosyjskim teleskopie, do którego zamocowałem przelotki i uchwyt do kołowrotka, wyszlifowałem szklaną szczytówkę, do grubości milimetra i zamocowałem na niej malutkie przelotki. Tak przygotowaną wędką łowiłem w każdej wodzie z brzegu, z pomostu, nawet z łódki. Efekty były na tyle zadowalające, że przez pewien czas drgająca szczytówka była jedyną, stosowana przeze mnie metodą. Po latach udało mi się kupić specjalistyczną wędkę, potem kolejną i kolejną. Umiłowanie i zauroczenie metodą pozostało do dzisiaj, a sposobu montowania zestawu nie zmieniłem. Od początku uznałem, że im mniej elementów, tym lepiej. Nadal tak uważam i trzymam się tego. Wszystkie nowości, rurki, trój krętliki, sygnalizatory, to nie dla mnie. Jestem staroświecki do bólu.

Wstaję i cóż

Spojrzałem na zegarek. Czwarta pięćdziesiąt. Wstaję i z niepokojem wyglądam na taras. Nie pada, ale wieje jak diabli. Dorota miała rację. Chyba jednak nie pojadę. Przynajmniej nie teraz. Szkoda, wszystko spakowane. Poczekam. Rozsiadam się w fotelu przed telewizorem. Tam łowią tuńczyki. Przy niepogodzie również. Co chwilę zerkam przez okno. Świeci słoneczko. Żona robi kawę, a pan od pogody w telewizji zapowiada nawet opady śniegu. A co tam, robię herbatę w termosie, nakładam kalesony, kilka polarów, ciepłe skarpety, czapkę prawie zimową i wyruszam. W ostatnim momencie wrzucam do samochodu ciepłą nieprzemakalną kurtkę, na szczęście.

Przyjechałem i cóż

Przyjechałem nad jezioro, tam gdzie miałem nadzieje uda mi się złowić rybę. Niestety, wiało. Bardzo wiało. Nawet nie próbowałem zejść nad brzeg, tym bardziej, że oczywiście sprzętu jakoś się nazbierało. Pojechałem więc z drugiej strony jeziora. Jest tu dużo ciszej, a od samochodu mam bardzo blisko. Wyjmuję sprzęt, mimo kraczącej nad głową czarnej wrony, czy raczej gawrona, co oznacza według mojego bliskiego kolegi tylko jedno, porażkę. Ustawiam podpórki, mieszam zanętę, montuję zestaw, oczywiście bardzo prosty. Kilka robaków na haczyk, zarzucam daleko. Naciągam wędkę, szczytówka fajnie napięta. Lubię na nią patrzeć. Patrzę, patrzę i nic. Kolejny rzut, przygląda mi się kolorowy kibic, piękna sójka. Czasem przejdzie spacerowicz. Kolejny rzut. I spojrzenie za plecy. Tam ciemne niebo, zaciągnięte chmurami. Za chwilę sprawdza się telewizyjna prognoza. Pada śnieg. I sprawdza się prognoza kraczącego czarnego ptaka.

Jednak coś sztucznego

Ale co to, szczytówka drgnęła, za chwilę kolejny raz. Głęboko, więc zacinam. Bardzo miękka wędka, a taka jest moja, wymaga szerokiego zacięcia. Czuję rybę, ale wiem, że nie jest duża. Wymiarowa płotka i tyle. Jednak złowiłem rybę. Pogoda nie odpuszcza. Wiatr zmienił kierunek i gdy fale, zakończone białymi grzywami zaczęły obmywać mi nogi, postanowiłem wracać do domu. W końcu ryba była, a najważniejsze, że udało mi się wybrać.  Zdejmując z haczyka przynęty, z litością popatrzyłem na czerwonego robaczka. Zrobiło mi się go po prostu żal. Przecież ma pewnie jakąś mamę, tatusia, może nawet dziadka? A ja poddaję go takim torturom na haczyku. Oj wezmę sztuczne robaczki, mam przecież, czerwone, żółte, czarne, białe, brązowe, a te nakopane wczoraj wypuszczę do kompostu. Oj czarno widzę to moje łowienie na żywe przynęty. Przypomniała mi się taka piosenka Jana Kaczmarka, o wędkarzu, który łowił ryby aby uspokoić nerwy. Przez trzydzieści lat nic nie złowił, bo mając zbyt słabe nerwy nie mógł wbić na haczyk robaka.

Przewijanie do góry